Notatki z nauki języka w Rzymie

dnia

Nie wszyscy wracający z wyjazdu na Erasmusa przywożą ze sobą doskonałą znajomość języka. Mój wyjazd miał być nauce języka podporządkowany całkowicie. Nie spodziewałam się, że przy okazji poznam i pokocham tylu ludzi i tyle miejsc, ile udało mi się w ciągu tamtego roku

Kim jest typowy Erasmus?

Podczas rozmów z moimi kolegami w pracy uświadomiłam sobie ostatnio, że ludzie, którzy nie wyjechali nigdy za granicę w ramach Erasmusa, często mają swoją własną wizję takiego pobytu. Nieodłącznym punktem ich wyobrażenia są imprezy i międzynarodowe romanse, wielki fun i trochę nauki, ale niewiele, żeby jakoś wypełnić czas między klubami i odsypianiem kaca. Jeśli chodzi o naukę języka, w zbiorowej wyobraźni typowy Erasmus wyjeżdża za granicę ze znajomością podstawowych zwrotów po to, aby na miejscu, poprzez zanurzenie w języku jak za pomocą osmozy opanować język obcy do poziomu płynnego porozumiewania się.

Sama posługiwałam się tym sterotypem w czasach, kiedy jeszcze nie przypuszczałam, że kiedykolwiek wyjadę studiować w innym kraju. I to ten sam stereotyp sprawiał, że pomysł wyjazdu traktowałam z mieszaniną lekceważenia i przerażenia, o ile takie połączenie jest w ogóle możliwe. Wydawało mi się, że po pół roku każdemu może się znudzić imprezowanie i musi to być dość nieciekawe, a jednocześnie nie wyobrażałam sobie przejścia przez procedury administracyjne związane z takim wyjazdem.

Jednak w pewnym momencie postanowiłam, że dla dobra mojego włoskiego muszę spędzić trochę czasu we Włoszech, najlepiej cały rok.

Dwa miesiące przed wylotem poznałam Lukę, Włocha mieszkającego w Krakowie, który powtarzał zawsze – wcześniej i potem, kiedy już zaprzyjaźniliśmy się podczas rzymskich i krakowskich spotkań – że każdy wyjazd na Erasmusa jest inny, każdy student wykorzystuje ten czas zupełnie inaczej, a myślenie stereotypowe nie ma wielkiego związku z rzeczywistością.

Mój pobyt w Rzymie był ściśle związany z jednym celem, jakim było nauczenie się włoskiego i posługiwanie się nim na poziomie zaawansowanym. Cel główny z czasem rozbił się na wiele mniejszych celów:

Mieszkanie we włoskim mieszkaniu

Uczelniane stowarzyszenie erasmusowe oferowało mi wprawdzie pomoc w szukaniu, ale na początku września, kiedy przyjechałam do Rzumu, nie było to jeszcze dostatecznie zorganizowane, żeby dało to jakiś efekt. Podczas pierwszych pięciu dni chciałam znaleźć pokój lub miejsce w pokoju, niedaleko mojej uczelni, czyli poza centrum miasta. Udało mi się po dwóch dniach, po kilkunastu stresujących (bo w obcym języku!) rozmowach telefonicznych. Na ostatnią noc zarezerwowaną w hostelu wyprowadziłam się już do Fabia. Fabio nie mówił po angielsku prawie wcale, był za to bardzo otwarty, przyjazny i z miejsca wzbudził moje zaufanie. Również przez to, że cały długi korytarz w mieszkaniu miał wypełniony od podłogi do sufitu książkami – po włosku!

Nawet przez moment nie żałowałam, że spędziłam tamten rok w jego domu. Przypominam sobie nasze długie wieczory nad dobrym i prostym jedzeniem, z butelką białego wina, wyprawy nad morze z jego małą córeczką, wspólne świeta Wielkanocne, wypady na salsę, poważne rozmowy. Fabio poprawiał moje prace pisemne na zajęcia, uczył mnie nowych słów, podsuwał mi filmy do obejrzenia i uczył mnie Rzymu. Jako nauczyciel był cierpliwy, choć nie do przesady. Parę razy sprowadził mnie na ziemię, wskazując, jakie błędy popełniam, parę razy podniósł mnie mocno na duchu.

WRZESIEŃ: włoski jako wyzwanie. W codziennych rozmowach z Fabiem, w rozmowach z ludźmi na ulicy i na uczelni (…) Zauważam, że jeśli dużo czytam po włosku (czytam wtedy „Sulla strada” Kerouacka i „La prosivendola” Daniela Pennacka), trudniej mi mówić, i na odwrót: jeśli dużo mówię, trudniej mi rozumieć książkę.

Zajęcia na uczelni wyłącznie po włosku

Były większym wyzwaniem, niż domowa przyjaźń z Fabiem, bo wykładowców wstyd mi było pytać o poszczególne wyrazy, przerywając to, co mieli mi do powiedzenia. Z drugiej strony, wszystkie wątpliwości mogłam zawsze sprawdzić później bez uszczerbku na ogólnym zorientowaniu w danym temacie. Egzaminy mimo wszystko wymagały ode mnie wielu godzin przesiadywania w bibliotece miejskiej nad książkami i wytężonej nauki, bo czytałam przecież wolniej niż moi włoscy koledzy z uczelni. I musiałam uczyć się nie tylko treści książek, lecz również nowych słów. Co ciekawe, największych trudności w tym zakresie przysporzyły mi wykłady ze sztuki współczesnej. Literatura, filozofia, tam słownictwo w wielu przypadkach jest analogiczne do terminologii polskiej, natomiast nie wyobrażacie sobie, z jak wielu różnych dziwnych materiałów korzystali włoscy artyści – przedstawiciele arte povera, albo jakie skomplikowane performance wymyślali Brytyjczycy. A słowa „imballaggio” nauczyłam się nie gdzie indziej, ale na zajęciach o Christo.

Ze względu na typy zajęć, jakie wybrałam, zostałam zmuszona do przejścia przez wyzwania językowe o wiele trudniejsze niż te życiowo-codzienne. Wygłosiłam kilka prezentacji przed całą salą studentów, wzięłam udział w kręceniu filmu, w projektach tłumaczeniowych.

I zdawałam egzaminy po włosku, co było ogromnie stresujące. Nauczyciele często podczas zajęć żartowali sobie ze studentami, odwoływali zajęcia, skracali je, plotkowali i gawędzil bardziej niż wykładali, taki styl. W momencie egzaminu jednak zmieniali się w surowych pogromców. Był to jeden z bardziej zaskakujących elementów.

Otaczanie się włoskimi znajomymi

Giovanniego poznałam na spotkaniu grupy wymiany językowej, na którym byłam jedyną osobą spoza Włoch. Wszyscy inni przyszli na spotkanie, licząc na to, że będą mogli pogadać z kimś po angielsku. Ja – chciałam rozmawiać tylko po włosku.

Pierwsze pytanie, jakie mu zadałam, kiedy już dowiedziałam się, jak ma na imię i gdzie studiuje, brzmiało: kiedy używa się congiuntivo? Na to zakłopotany Giovanni odparł, że chyba zawsze po “che”. Jeśli znacie włoski – wiecie, jak bardzo się mylił! Jednak ta dziwna odpowiedź sprawiła, że zapamiętałam go doskonale i chyba sprawiła, że go polubiłam od początku. Zaczęliśmy dużo ze sobą rozmawiać, a potem wychodzić wieczorami na San Lorenzo. On dzięki mnie poznawał Erasmusów, ja – Włochów.

Jestem dla Fabia słuchaczem idealnym. Kiedy mówi, poświęcam mu całą uwagę, starają się zrozumieć, o czym mówi i co czego dąży. Fabio jest człowiekiem tego typu, że kiedy coś tłumaczy, stara się to zrobić na wszelkie możliwe sposoby, łącznie z użyciem pomocy w postaci słowników i map.

Oprócz Giovanniego, Fabia, Roberta, Luki, innych moich bliskich znajomych, byli rzecz jasna wszyscy znajomi z uczelni. Z każdego nowego przedmiotu najgorsze były pierwsze zajęcia, kiedy ja, momentami introwertyczna, musiałam jakoś do kogoś zagadać, żeby nie siedzieć samotnie z boku. Jedną z koleżanek poznałam, kiedy na porannym lektoracie z francuskiego bez zastanowienia zapytałam moją sąsiadkę, która godzina (po polsku). Na to ona odpowiedziała “Dziewiąta”, a potem dodała (po włosku), że zawsze jej się dziewięć i dziesięć myliły. Okazało się wtedy, że Giorgia studiowała w Krakowie! I tam nauczyła się trochę polskiego.

Moi włoscy znajomi zawsze tropili moje błędy, często wyśmiewali je serdecznie, czasami irytowali się, a ja się ich wstydziłam. Nie nauczyłam się dobrze zostawiać z boku strachu przed ich popełnianiem. Ale życie w Rzymie bez nich i mój włoski bez nich nie istniałyby, prosto.

LISTOPAD i GRUDZIEŃ: są dni, kiedy mówię płynnie i bez zawahań. Czasem wstaję rano, idę do kuchni, patrzę na Fabia i mam w głowie całkowitą pustkę: ale jak mam mu zaproponować kawę? Nie przychodzą słowa ani polskie, ani włoskie. Bywa, że coś liczę w głowie i liczę po włosku. Szczególnie kiedy biegam i myśli mi błądzą zupełnie bez kontroli wokół różnych punktów – frazy włoskie i polskie przeplatają się ze sobą. Nie zwracam na to uwagi, przyzwyczajam się i zastanawiam czasem, skąd się biorą te włoskie zdania. Czy wiążą się z tym, że o danej myśli (podświadomie) chciałabym powiedzieć komuś, z kim mówię tylko po włosku? Czy to, o czym myślę, chciałabym powiedzieć sobie – z którą mówię tylko po polsku? TYLKO?

CO STRACIŁAM?

Odstawałam trochę od grupy studentów zagranicznych, trzymającej się razem, mieszkającej wspólnie w akademikach i chodzącej razem na imprezy organizowane przez stowarzyszenia uczelniane. Trzymali się ze sobą bardziej niż ja z nimi i wiem, że wiele z tych par i grup przyjaciół, jakie wtedy powstały, ma ze sobą dobry kontakt do teraz. I wtedy również bardziej się wspierali nawzajem. Miałam okazję poznać bliżej wiele innych kultur – miałam dużo znajomych z Brazylii, Francji, Niemiec, Turcji – a poznałam tylko jedną, włoską. A po angielsku i po francusku wstydziłam się rozmawiać, i tego też bardzo żałuję. 

CO ZYSKAŁAM?

Zanurzenie w pełnym wymiarze – do tego stopnia, że czasami miałam go serdecznie dość. Niektórych rzeczy u Włochów zupełnie nie rozumiałam, np. poświęcania tak wiele uwagi jedzeniu, czy odrazy do wychodzenia z domu, kiedy pada. Rzeczy, które mimo języka na wysokim poziomie pozostawały dla mnie nieprzetłumaczalne. Chciałam nauczyć się je tolerować, jako obcokrajowiec, z czasem zaczęłam je szanować. I nawet, o dziwo, niektóre z nich stały się moimi własnymi zwyczajami.

Udało mi się spełnić wiele moich założeń językowych i zrealizowałam główny cel wyjazdu. A żeby ten wpis pozostał równie pozytywny, jak moje wspomnienia z tamtego czasu, o błędach, jakie w nauce włoskiego we Włoszech popełniłam – wypiszę w następnym. Zajrzyjcie za tydzień!

PS. Cytaty pochodzą z bloga, jaki prowadziłam przez chwilę w rzymskich czasach, i on nawet jeszcze istnieje – tutaj

Powyższy wpis został zainspirowany wspólnym wpisem Blogerów Kulturowo-Językowych – kliknijcie, żeby przeczytać o innych doświadczeniach związanych z nauką języka obcego za granicą!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s