Paryż, tydzień z francuskim

dnia

Niespodziewanie spędzam jeden tydzień w Paryżu, pierwszy tydzień listopada. Odkładam na bok inne języki i całkowicie poświęcam się francuskiemu. Przypominam go sobie, uczę się go, korzystam z każdej okazji do mówienia. Jest trudno?

30.10

Szukam mieszkania na Airbnb, ponieważ ceny wynajmu na tym portalu są o wiele niższe, niż ceny najtańszych hoteli. Znajduję jedno wyglądające na przytulne, w Les Liles, jakieś 7 km od centrum miasta. Wymieniam mnóstwo wiadomości z jego właścicielką i okazuje się, że “ręcznik” to po francusku nie: le essuie-main, ale: la serviette.

Dumna przede wszystkim z francuskości moich znaków interpunkcyjnych, przed każdym ! i ? czy : uroczyście stawiam spację.

Kupuję niewielki przewodnik po mieście.

Zastanawiam się, jakim cudem nagle ta podróż stała się rzeczywistością. Sprawdzam, czy na pewno mam na wszystkie bilety i rezerwacje w skrzynce mailowej.

31.11

Jadąc do pracy autobusem, wybieram podcast po francusku i uświadamiam sobie, że odkąd mam nowy telefon, czyli od początku lipca, nie słuchałam nic francuskiego. Szukam moich starych tytułów i kończę, słuchając czegoś o sytuacji języka francuskiego w Kanadzie.

Wieczorem jestem już przyzwyczajona do panicznego strachu, że nie zdążymy na samolot, stale obecnego z tyłu głowy. Mój chłopak wyśmiewa mój strach tak bardzo, jak ja wyśmiewam jego obawę o to, że silny wiatr doprowadzi do wypadku samolotu.

01.11

O 4:00 nadal się pakuję. Do bagażu podręcznego wrzucam książkę z ćwiczeniami do gramatyki, bo nigdy nie wiadomo.

O 6:00 na lotnisku podsłuchuję wszystkich Francuzów, co owszem, nie jest zbyt eleganckie, ale nie potrafię się powstrzymać. O 11:00, na stacji metra, stoję w kolejce po bilet i tam francuski otacza mnie już ze wszystkich stron.

Udaje mi się wszystko, co chcę zrobić dzisiaj po francusku: od kupienia biletu imiennego na tydzień podróżowania po Paryżu do szukania pewnej starszej pani, przyjaciółki naszej przyjaciółki, na wszystkich piętrach po kolei w jednej z okazałych kamienic niedaleko Łuku Triumfalnego.

Na początku wydaje nam się, że odejdziemy bez żadnej informacji, ponieważ nikt nic nie wie, a ponadto w większości mieszkań jeszcze nikogo nie ma. Wychodząc, spotykamy na klatce panią w średnim wieku i pytamy ją o Polkę mieszkającą tutaj od lat. “Osoba, która pasuje do waszego opisu, opuściła nas mniej niż rok temu… opuściła, rozumie pani, co mam na myśli? Znaliście ją?” odpowiada delikatnie sąsiadka.

02.11

Znam Paryż tylko z mniej niż tygodniowej wizyty sprzed pięciu lat, kiedy to nie mówiłam jeszcze po francusku prawie wcale; wtedy każdy wieczór tutaj spędzałam w kinie lub w teatrze. Tym razem chcę zobaczyć jak najwięcej, również tych miejsc, które są na każdej pocztówce.

Odkrywam, że najbardziej brakuje mi słów związanych z codziennym życiem. Nie mam pojęcia, jak poprosić o rachunek i kiedy kelner mówi mi “l’addition”, orientuję się, że naprawdę nigdy nie słyszałam tego słowa.

Językowe zanurzenie dnia: ogrody botaniczne i szklarnie z mnóstwem informacji na tablicach i ekranach interaktywnych, wszystko wyłącznie po francusku. Przez dach i ściany do dżungli wpada popołudniowe, późne słońce. W powietrzu wilgoć, zapach kwiatów, pani z głośnika uruchomionego przyciskiem entuzjastycznie opowiada o pochodzeniu kawy.

03.11

Czy wspominałam już o tym, że w naszym mieszkaniu są trzy regały wypełnione do sufitu książkami? Tak naprawdę mogłabym zostać tutaj w środku na tydzień, dorabiać ciągle nową herbatę i siedzieć i czytać.

Dzisiejszy poranek tak właśnie spędzam. Trochę piszę, trochę pracuję, trochę oglądam wszystkie te książki i nie mogę się na żadną zdecydować.

Paryż jest dla mnie miastem antykwariatów – moja ukochana dzielnica łacińska jest ich pełna. Wczoraj udało mi się wejść na chwilę do największej księgarni językowej, jaką w życiu widziałam. Było tam więcej materiałów do nauki słowackiego, niż w Polsce gdziekolwiek, nie wspominając już o dziale chińskim, japońskim, arabskim czy innych. Wyszłam z tomem noweli po hiszpańsku.

Wieczorem wracamy do mieszkania i okazuje się, że internet nie działa. Konwersuję telefonicznie i chatowo z człowiekiem odpowiedzialnym za nasze mieszkanie. Moje miękkie umiejętności nie są po francusku na tyle rozwinięte, żeby przekonać go do tego, żeby przyszedł się tym zająć jeszcze tego samego dnia.

IMG_0636

04.11

Zagaduję do ludzi w kawiarniach. Jeśli ktoś siedzi z psem na kolanach, pali papierosa i pije wino, podchodzę do psa i podstawiam rękę do powąchania, a potem go głaszczę.

Mój drugi największy brak to zawartość menu. Zwykle jestem w stanie pojąć, o czym jest dane danie, ale nie znam się zupełnie na dodatkach. Chadzamy do małej włoskiej restauracji niedaleko nas i tam menu dnia, napisane ręcznie na wielkiej tablicy, już stanowi dla mnie barierę nie do przejścia.

Oby nie zamówić nic z owocami morza. Unikać wszystkiego z “mer” w nazwie.

05.11

Sporo uczę się z reklam, np. z reklamy kalendarza adwentowego z piwami przypominam sobie o istnieniu słowa “dedans”.

Przypadkowo dowiadujemy się, że żadna z osób, z jaką rozmawiamy po francusku – ten sam kelner, ten człowiek obsługujący mieszkanie – nie mówi po angielsku ani po włosku. Stąd mimo że czasem jestem zmęczona tym francuskim, nadal to ja pozostaję odpowiedzialna za naszą komunikację ze światem.

Obserwujemy podczas naszych wyjazdów do Włoch i teraz we Francji również, jak bardzo mój towarzysz nie mówiący w lokalnych językach jest podczas wszystkich rozmów pomijany. Narzeka wciąż, że czuje się jak idiota, kiedy wszyscy zwracają się do mnie, wskazując na niego palcem i pytając mnie o coś na jego temat.

06.11

Mam kryzys. Nie chce mi się już mówić. Wracamy z targów pociągiem i tam zagaduje do nas jakiś otwarty Francuz. Jeszcze kilka dni temu szalałabym z radości i odpowiadała na wszystkie jego pytania, dzisiaj mi się nie chce. Mojemu językowi nie chce się, prosto, układać tak, żeby wymawiać francuski.

IMG_0626

07.11

Mam walizkę pełną książek, kilka francuskich, kilka przekładów na francuski. W notatniku na telefonie pełno słówek, których nie pamiętałabym, gdybym sama próbowała sobie je przypomnieć, typu: sur place. Nauczyłam się też wielu bardzo… przydatnych zwrotów, takich jak: étanchéite, soubassement, structure alvéolée, couche drainante, excroissances (!), nappes phréatiques.

Moja mama była bardzo zdziwiona, jak dowiedziała się, że mówię w Paryżu po francusku. Jakoś wyleciało jej z głowy, że znam ten język. Mi też czasem wylatuje, nie poświęcam mu tyle uwagi, ile bym chciała, szczególnie jeśli chodzi o mówienie. Z drugiej strony, jak na pierwszą wizytę w tym kraju, odkąd znam ten język – ani razu nikt nie zaczął mówić do mnie po angielsku, dogadałam się wszędzie i byłam zrozumiała.

I jestem zmotywowana jak nigdy!

Reklamy

2 Komentarze Dodaj własny

  1. 😀 bravo ! Najważniejsze, że udało się dogadać! Pamiętam, że na pierwszej wymianie ze szkoły też robiłam za łącznika między Francuzami a moimi koleżankami nauczycielkami. Po paru dniach byłam zmęczona tym gadaniem ciągle po francusku i tłumacseniem 😉

    Polubienie

    1. Maria Kulis pisze:

      A wiesz, że mnie to zmęczenie naprawdę zaskoczyło? Po tym, jak pierwszego dnia byłam zachwycona tym, że mogę rozmawiać po francusku… jakim cudem po paru dniach miałam go tak dość? 🙂 Ale chyba tak to działa właśnie!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s