10 rzeczy, które zdarzają się tylko w pracy z Włochami 

dnia

Często różne osoby zagadują mnie o to, jak to jest pracować i przyjaźnić się z Włochami. Dzisiejszy wpis stanowi odpowiedź na to pytanie, ale robię w nim jeszcze jeden krok dalej. Ciekawi? Sprawdźcie, o co chodzi !

Nie zgadzam się z generalizowaniem i w żadnym wypadku nie chcę udowodnić tutaj, że “wszyscy bez wyjątku Włosi są X”. Z pewnością sami Włosi różnią się też między sobą w zależności od tego, czy pochodzą z Północy, czy z Południa. Chcę tylko zaznaczyć sytuacje i nawyki, w których mogą się od nas różnić nie tyle ze względu na cechy osobowości poszczególnych osób, ile przez uwarunkowania kulturowe

1. Wszyscy są ze sobą na “ty”…

Kiedy mieszkałam we Włoszech, byłam przyzwyczajona do tego, że w supermarkecie czy na ulicy wszyscy zwracali się do mnie per “ty”. Byłam studentką i wyglądałam na swój wiek. Pewnego dnia pojechałam odwiedzić rodziców mojego przyjaciela i pamiętam, w jakim szoku byłam, kiedy kazali sobie mówić po imieniu.

Na samym początku pracy we włoskiej firmie dowiedziałam się, że wszyscy mówią tu do siebie po imieniu, niezależnie od wieku i… niezależnie od języka, bo mimo wszystko większość pracowników stanowili Polacy. O ile jednak z Włochami było mi łatwo – język włoski mówiony jest mniej formalny, niż polski, mniej formalna jest cała kultura, to mimo wszystko do moich starszych kolegów Polaków i koleżanek Polek nie potrafiłam nie mówić “pan/pani”.

2. …ale hierarchia jest nadal obecna i ważna.

Ten problem doskonale uchwyciła Erin Meyer w swojej książce The Culture Map. Twierdzi ona, że nieporozumienia na tle kulturowym we współpracy między ludźmi pochodzącymi z różnych krajów często wynikają stąd, że obecność jednej cechy u danej nacji łączymy automatycznie z inną. W tym przypadku mówienie sobie po imieniu może sugerować, że panuje równość i tak też czasami niektórzy to odczytują.

Nic bardziej mylnego. Dystans jest skrócony, ale tylko na poziomie relacji międzyludzkich, których budowanie jest dla Włochów ważniejsze, niż dla Polaków. Hierarchia ma ogromne znaczenie i powinna być respektowana, szczególnie tam, gdzie jest ważna, na przykład na uczelni czy w biurze.

3. “Cinque minuti arrivo”  

Czyli inaczej: podejście do punktualności. Pamiętam sytuacje, w których miałam jechać z moim szefem na spotkanie jako tłumaczka albo kiedy przyjmowaliśmy gości w naszym biurze. Spanikowana biegałam po korytarzu i co chwilę patrzyłam na zegarek, pytając, za ile wyjeżdżamy i przypominając, że już czas. Spokojnie, czas zawsze jest, czy zaczniemy teraz, czy za chwilę, nie ma wielkiej różnicy. A jeśli już zaczynamy, to też tranquilli – zaczynamy od dobrej kawy.

Erin Meyer pisze o tym, że punktualność lub jej brak związana jest w poszczególnych kulturach z przewidywalnością środowiska i sytuacji politycznej. Ważniejsza niż planowanie i trzymanie się planu jest  umiejętność przystosowania się do zmieniających okoliczności. Stąd nie bądźmy zdziwieni, jeśli Włosi (Hiszpanie, Chińczycy czy Hindusi) nie zrozumieją naszego przywiązania do wyznaczonych godzin spotkań czy innych terminów. Oni często do spóźniania się (swojego czy cudzego) elastycznie dopasowują siebie i swoje plany, a nie traktują go w kategoriach katastrofy i destrukcji (jak ja).

4. Włoski, czyli rzymski, florencki, neapolitański, sycylijski…

Zaczynasz pracować po włosku i wydaje ci się, że znasz dobrze ten język? Uczysz się, żeby zrozumieć, o czym mówią koledzy z pracy? Przygotuj się na… całkowitą porażkę. Może się zdarzyć, że po roku mieszkania w Mediolanie zadzwoni do ciebie współpracownik pochodzący z Florencji i zwyczajnie nie zrozumiesz, o co Cię prosi. Nie wspominając o neapolitańczykach i sycylijczykach, których dialekty mogłyby funkcjonować jako odrębne języki (są uznawane za takie przez UNESCO, nie uznawane za języki przez włoskie prawo). 

Nawet jeśli przyzwyczaisz się i będziesz bez problemu rozumieć rzymski czy kalabryjski akcent swoich kolegów, mogą cię znienacka czymś zaskoczyć, na przykład mówieniem “Loro” w ramach formy grzecznościowej. Oprócz różnic w doborze słów i wymowie, różnice między dialektami z Północy i tymi z Południa dotyczą również gramatyki. Niedawno uświadomiłam sobie na przykład, że kompletnie nie używam w swoim włoskim czasu przyszłego – i że to dobitnie świadczy o tym, jak bardzo południowy jest mój język.

5. Musisz kibicować JAKIEJŚ drużynie piłkarskiej.

Po dwóch tygodniach mieszkania w Rzymie po raz pierwszy zapytano mnie, czy jestem za Lazio, czy za Romą. Halo? Mieszkam tu od dwóch tygodni, nie jestem Włoszką, nie znam lokalnych drużyn, a tak w ogóle to piłka nożna mnie nie interesuje.

Jak to cię nie interesuje? Jak MOŻE nie interesować kogoś piłka nożna?

Brak zrozumienia dla miłości, którą Włosi darzą calcio, prowadzi do braku zrozumienia wielu emocji, jakie potrafią nimi targać w zwiąku z nim.

Paul Ginsborg w swojej książce Storia d’Italia dal dopoguerra a oggi umieścił rozdział poświęcony znaczeniu piłki nożnej w kulturze włoskiej. Pisze o tym, że ma to silny związek ze znaczeniem rodziny dla Włochów. Więzi rodzinne są podstawą życia codziennego, a często też zawodowego. Piłka nożna zaś jest okazją do gromadzenia się rodzin, czy chodzi o lokalne mecze uczniowskich klubów sportowych, czy o pielgrzymowanie do Turynu na stadion ukochanej drużyny.

Osobiście nie kibicuję żadnej drużynie. Może jednak gdyby mój tata, wujek albo dziadek mieli swoją ukochaną drużynę piłkarską, to wyglądałoby to inaczej? Wśród moich przyjaciół większość zagorzałych tifoso deklaruje, że ich miłość do konkretnego klubu przekazali im w genach przodkowie…

Przy okazji: nigdy nie zostawiajcie otwartego parasola pod dachem w środku budynku. Przekonałam się o tym pewnego dnia, kiedy przyszłam do pracy w deszczowy dzień i zostawiłam go na korytarzu, żeby wysechł. Chwilę po mnie do biura wszedł szef, zatrzymał się przy nim i zaczął głośno pytać, kto i dlaczego zostawił tam ten parasol. Nie wiem, czy bardziej zdenerwowało go to, że parasol był z logo Juventusu F.C. (jego znienawidzonej drużyny piłkarskiej), czy że w ogóle tam był i to otwarty. Wtedy dowiedziałam się, że otwieranie parasola pod dachem według Włochów przynosi pecha.

6. Kawy się nie odmawia.

Erin Meyer twierdzi, że kultury można podzielić (generalizując jej własną generalizację) na dwie grupy. W pierwszej zaufanie do kolegów z pracy i przełożonych bierze się ze wspólnej pracy i jej wyników, tworzy się w biurze i w trakcie realizowania wspólnych projektów. W drugiej grupie żeby zdobyć czyjeś zaufanie, trzeba go zaprosić na kawę lub kolację. Trust is built through sharing meals, evening drinks and visits at the coffee machine, pisze Meyer. Kawy się nie odmawia. Niech będzie nawet bezkofeinowa, jeśli ktoś obawia się, że po kilku kurtuazyjnych kawach dziennie może mieć problemy z sercem.

Kiedy myślę o włoskim dzieleniu się kawą, mam przed oczami różne sceny. W jednej z nich piję kawę w jakimś małym miasteczku, kawę stawia mi mój kolega i tłumaczy, że za kawę zawsze i rygorystycznie płaci zapraszający. Druga: szef biura stoi na środku kuchni z pudełkiem kapsułek i z uśmiechem robi kawę po kolei dla wszystkich swoich pracowników. Trzecia: w zapomnianej wiosce w górach Kalabrii jesteśmy bez bankomatu i w porze siesty. Dowiedziawszy się, że nie mamy pieniędzy, wszyscy goście w barze wyciągają portfele i pytają, czy oprócz kawy nie chcemy jeszcze czegoś do zjedzenia, a potem jeden z nich zaprasza nas na drugą kawę do swojego domu, gdzie spędzamy godzinę, rozmawiając o śniegu.

7. TO nie jest kawa.

Na YouTube znaleźć można film instruktażowy dotyczący przyrządzania włoskiej kawy: weź maszynkę, wsyp kawę rozpuszczalną, zalej wrzątkiem, a potem wylej starannie do toalety i spłukaj po niej kilka razy wodę. Brzmi przesadnie? Według mnie idealnie obrazuje stosunek Włochów do kawy nieprzystającej do pewnych standardów.

Mój przyjaciel Giovanni powtarzał, odkąd pamiętam, jak bardzo dobrze mieszkało mu się we Francji i jak bardzo zła, zła, zła jest francuska kawa. Francja = kraj kiepskiej kawy, niezależnie od miejsca. Kiedy przyjechał do mojego domu w Ustroniu, podałam mu kawę z naszego profesjonalnego ekspresu, a on po pierwszym łyku uśmiechnął się delikatnie i powiedział, że nasza kawa jest gorsza niż francuska, o ile to w ogóle możliwe.

Nie dziwmy się więc, jeśli jakiś Włoch przyjedzie do nas w odwiedziny ze swoją wierną, prostą kafetierą w wersji podróżnej ukrytą gdzieś w walizce.

8. Jedzenie jest warte uwagi.

Spróbujmy wyobrazić sobie grupę Polaków, mężczyzn, umawiających się na wieczorne wyjście. Ustalają, gdzie się spotykają – pewnie tam, gdzie każdemu z nich jest najbliżej. Druga ważna sprawa – godzina. Może ustalą, do którego pubu pójdą, żeby ewentualnie zarezerwować stolik, jeśli jest ich więcej, niż trzech. Jeśli tego wieczoru jest jakiś mecz, może poszukają miejsca, gdzie mecz jest wyświetlany na żywo. Możliwe, że ktoś zaproponuje bilard albo piłkarzyki. Koniec umawiania się.

Ten sam piątkowy wieczór, grupa Włochów. Miejsce? W grę wchodzi tylko ich ulubiona restauracja, najlepsza włoska restauracja w mieście, gdzie właściciel i kucharz są z nimi w zażyłych relacjach. O godzinie nie ma mowy, bo przecież umawiają się na kolację, czyli godzina kolacji. Najważniejsze jest ustalenie, co pojawi się na stole. Po 40 minutach głośnej dyskusji o tym, co akurat w tym tygodniu jest w kuchni świeżo przywiezione, kto danego wieczoru gotuje, kto ma na co ochotę i co powinno się kiedy zjeść, następuje dzwonienie do kucharza i powtórzenie tej samej dyskusji z jego udziałem, łącznie ze wspominaniem tego, co się jadło poprzednim razem i jeszcze wcześniej. Dyskusja nie zostaje zakończona konkluzją, dyskutujący po prostu muszą ją przerwać, bo ktoś czegoś od nich chce.

Pamiętam, jak kiedyś zapytałam kolegę z Florencji o to, co dobrego można zjeść w Lombardii. Wiedziałam oczywiście, że każdy rejon Włoch ma swoje specjalności i wyjątkowe dania, ale akurat po Lombardii nie spodziewałam się nic skomplikowanego. O nie, tak prosto i łatwo nie było. Nie dość, że otrzymałam ogromny wykład z elementami historii i geografii, to jeszcze do rozmowy włączył się inny kolega, który zaczął argumentować za wyższością cassoeula nad ossobuco. I wtedy już się pogubiłam, bo nie wiedziałam, co notować, a co wykreślić.

Wniosek? Pytanie o jedzenie nie jest dobre, jeśli chcesz zagaić grzecznościowo jakiegoś Włocha, nie jako temat krótkiego small talku. No chyba, że masz do dyspozycji dużo czasu.

9. Gotować potrafią tylko określone jednostki (włoskie).

Jechałam samochodem przez Kraków z moim kolegą z pracy. Podczas stania w korku kolega zagadnął mnie, czy potrafię gotować włoskie dania. Pochwaliłam się, że owszem, najlepiej wychodzą mi makarony. On poddał to z marszu w wątpliwość i poprosił, żebym opisała, jak robię taki makaron. Nieco speszona powiedziałam “Więc, biorę łyżkę masła i rozpuszczam je na patelni…”. Kolega przerwał mi, krzycząc “Nieeeeeeeee!” i kładąc się na kierownicy z przerażenia, “ZACZYNA SIĘ ŹLE! Jeśli tak zaczęliśmy, to teraz dalej może być już tylko gorzej!”. Przez najbliższe pół godziny otrzymałam szkolenie na temat zasad kuchni włoskiej (smażenie tylko na oliwie) oraz opowieści o najlepszych daniach przygotowywanych przez jego mamę.

Podczas słuchania rad dotyczących dodawania anchois do sosu pomidorowego i wyciągania ich z sosu przed podaniem dania na stół, mierzę czas i w duchu kibicuję mu, żeby wygrał pojedynek na najdłuższą historię o jedzeniu z innym moim kolegą Włochem. Jednak nie! Pierwsze miejsce nadal należy do ponad godzinnej opowieści o hodowaniu drożdży na chleb w lodówce, autorstwa Giuseppe, łącznie z moim ulubionym fragmentem o tym, jak wyjeżdżając na wakacje Giuseppe musiał najpierw znaleźć kogoś, kto te drożdże będzie codziennie karmił.

10. “Kłócili się przez godzinę, a potem poszli na kawę”.

Wielu moich kolegów Polaków nigdy wcześniej nie pracowało z Włochami i często opowiadali mi o tym, co ich najbardziej w nich zaskakuje. Pewnego dnia jeden z nich przyszedł do mnie, kręcąc głową ze zdumienia i powiedział, że przed chwilą dwóch kolegów Włochów z jego działu odbyło godzinną kłótnię, o dość wybuchowym przebiegu. “A potem – zakończył, rozkładając ręce – wyobraź sobie, że zabrali się jak gdyby nigdy nic i poszli na kawę”.

Co na to Erin Meyer? Tłumaczy nam w rozdziale The Needle, not the Knife. Disagreeing Productively, że Włosi należą do kultury, która w celu rozwiązania problemów dąży się do konfrontacji – po przeciwnej znajdują się Chińczycy i Japończycy. Te narody unikają konfrontacji, ponieważ dla nich ważniejsze jest, aby nie stracić twarzy. Włosi natomiast z utraty twarzy w porządnej kłótni nic sobie nie robią.

Zgadzacie się z moimi przemyśleniami? Chętnie przyjmę każde, te na potwierdzenie i te na obalenie tych obserwacji. Komentujcie lub piszcie na FB!

Zdjęcie autorstwa Erica Barbeau

Reklamy

2 Komentarze Dodaj własny

  1. Daniel pisze:

    Z całym szacunkiem, ale nespolitański już dawno został uznany przez UNESCO za język. Sycylijski chyba już też.

    Polubienie

    1. Maria Kulis pisze:

      Cenna uwaga 🙂 Nie sprawdziłam, jak jest dokładnie. Poprawione, dziękuję!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s